Disecta Membra
Wielkie archiwum polskiego rocka lat 80. zaczyna ukazywać się na płytach. Nagrania cudem zachowały się u fanów i w zbiorach radiowych. - To dziedzictwo kulturowe tak samo ważne jak muzyka Kilara, Grechuty czy Pendereckiego - uważa Robert Jarosz, który ma największy zbiór koncertów jarocińskiego festiwalu.
Wydawanie nieznanych nagrań zacznie się 15 grudnia od dwóch płyt grupy Siekiera. Płyta winylowa "1984" zawiera 17 utworów z ostatniej próby zespołu w Puławach, która została nagrana "przy piwku" dla przyjaciół. Wkrótce po niej Tomek Budzyński odszedł z zespołu. Limitowaną edycję tysiąca egzemplarzy można zamawiać przez internet. Zainteresowanie jest tak duże, że nakład zostanie powiększony o kolejny tysiąc sztuk. Płyta CD już punkowej Siekiery "Na wszystkich frontach świata" zawiera z kolei nagrania studyjne i koncertowe z 1984 r. Okładkę zaprojektował Wilhelm Sasnal.
W przygotowaniu jest też "Martwy kabaret" Made In Poland (dwa kompakty plus DVD, rejestracje z lat 1984-85). A w lutym przyszłego roku dostaniemy pięciopłytowy box "Jarocin 1980-1985: Nasza krew" zawierający nagrania 89 zespołów! Usłyszymy tam utwory Dżemu, Exodusu, Bakszysza, TSA oraz wielu nieznanych dzisiaj zupełnie grup: Ostatnie Takie Trio, Process, Test Fobii, Apogeum.
Serię przygotowali Robert Jarosz i Mariusz Długokęcki.
Krzysztof Kowalewicz: Jak został pan posiadaczem archiwum jarocińskich festiwali?
Robert Jarosz*: To lata poszukiwań, spotkań, rozmów, ale i szczęśliwych przypadków. Na przykład w 1998 roku zadzwonił do mnie znajomy, że pewne studenckie radio zmienia właściciela i całe archiwum przepadnie. Nie chcę mówić, o kogo chodzi, bo ich muzyczne zbiory nabyłem półoficjalnie. Pasjonaci z tej małej rozgłośni jeździli do Jarocina. Pozwalano im się podpiąć z magnetofonem szpulowym do konsolety dźwiękowej. Kilka pudeł dostałem od Waltera Chełstowskiego (twórca i organizator jarocińskiego festiwalu), który przez lata - z żalem - mówił wszystkim, że nie ma żadnych archiwalnych nagrań z Jarocina. I tu kolejny szczęśliwy przypadek.
Pewnego dnia zadzwonił do Waltera jego rozentuzjazmowany brat, który w piwnicy domu na Mazurach odnalazł kilka kartonów kaset, głównie zgłoszeń wykonawców festiwalowych z lat 1980-86. Nagrań poszukiwałem też u muzyków, ale ci - jak się okazuje - mają niewiele. Trzy lata temu zdałem sobie sprawę, że mam w rękach Świętego Graala. Zbiór nazwałem "Archiwum Trasa W-Z". Kiedy ułożyłem całość chronologicznie, okazało się, że mam 75 proc. rejestracji wszystkich edycji festiwalu do 1985 r. Zdarzało się, że kończyła się szpula w magnetofonie nagłośnieniowców i stąd jest kilkuminutowa przerwa, zanim założono nową, a przecież koncert trwał. Dzięki pełnej rejestracji zostały za to nagrane wszystkie strojenia grup przed występem, zapowiedzi konferansjerów i teksty mówione między utworami, które czasem były ważniejsze niż same koncerty.
Dlaczego zaczyna się od Siekiery?
R.J: Bo to bardzo ostry przedmiot, który wyrąbie miejsce dla muzyki z lat 80. w dzisiejszej przestrzeni kulturowej. Ten genialny zespół dla wielu jest synonimem jarocińskiej generacji.
Na stronie internetowej towarzyszącej projektowi piszecie o wykastrowanej i zafałszowanej wersji historii polskiego rocka, którą czas wyprostować.
R.J.: - Nasz reedycyjny ruch wziął się z dwóch powodów. Po pierwsze, z entuzjazmu, że jest znakomita muzyka. Po drugie, ze smutku, że wciąż nie można znaleźć tych nagrań w sklepach. Nikt się tym nie zajął przez ponad 20 lat!
Denerwuje mnie odbiór jarocińskiego festiwalu jedynie pod kątem socjologiczno-ubecko-cyrkowym. Wydany na ten temat przez IPN album "Jarocin w obiektywie bezpieki" jest interesujący i bardzo potrzebny. Tylko trochę nieszczęśliwie wyszło, że ukazał się jako pierwszy i spowodował, że wykrzywiono obraz festiwalu.
Dziennikarze też poszli na łatwiznę intelektualną. Skupili się na kwestiach subkulturowych. A co z muzyką? Przecież bez niej nie byłoby całego zamieszania. Dla mnie "Archiwum Trasa W-Z" to dziedzictwo kultury tak samo ważne jak Kilar, Grechuta, Penderecki czy Niemen. Pamiętajmy, że w Polsce papier toaletowy jest powszechnie dostępny dopiero od 17 lat. Nie ma co się dziwić, że rozwój myślenia o tym, co jest ważne kulturowo, następuje tak powoli. Te materiały pozwalają na nowo spojrzeć na współczesną polską muzykę, bo ujawniają kolejne płaszczyzny łączące historię ze współczesnością.
Mariusz Długokęcki*: - Gdy posłuchaliśmy taśm, wydawało się nam, że ich siła artystyczna, czad i potencjał wciąż się bronią. Dzisiejsza młodzież szybko przekona się, że ta muzyka ma równie wysoki poziom artystyczny jak dobrze im znane zespoły. Całe nasze pokolenie ma do spłacenia dług wobec ludzi, którzy podjęli trud robienia sztuki w tak trudnych realiach. Prawda o tamtych czasach nie może być pokazywana tylko z punktu widzenia solidarnościowego zrywu i walki z komuną. Byli też wrażliwi twórcy działający poza polityką, uczący nas dystansu, braku zaufania do klasy politycznej, tylko nie robili tego nachalnie i dosłownie.
Nazwy większości zespołów, które wydacie, nic nie mówią nawet najwierniejszym fanom polskiego rocka. Kto łamał kariery debiutantów w latach 80.?
M.D.: To, że w radiu puszczano na okrągło Lombard czy Kombi, było medialną manipulacją. Dziesiątkom innych artystów, którzy robili ciekawsze, wartościowsze rzeczy, nie dano nawet jakiejkolwiek szansy na zaistnienie. Weźmy grupę Randez Vous rozwiązaną właśnie z powodu nieprzychylności mediów. Albo chociażby Szambo z Częstochowy. To byli kumple Muńka Staszczyka z T.Love. Spotykali się na próbach w jednej piwnicy. Byli równie fajnym zespołem, a jak różnie potoczyły się losy Szamba i T.Love.
R.J.: Mechanizm jest prosty. Ludzie pamiętają to, co było soundtrackiem do ich życia. Jeśli masa słuchała Lady Pank, Republiki czy Oddziału Zamkniętego, to teraz są to najlepiej pamiętani artyści. W ogromnym stopniu wpływ na kariery mieli dziennikarze. Wszystko rozbiło się o różnice generacyjne. Jeśli ktoś pracował w radiu w latach 60. i wychował się na bigbicie, a tu nagle dostaje nagrania Dezertera czy Siekiery, to było dla niego zjawisko kosmiczne, absurdalne. Dlatego nagrania, które wyprzedzały epokę, nie miały szans na zaistnienie.
M.D.: W większości stacji radiowych do dzisiaj występuje autocenzura. Ludzie prowadzący audycje na wszelki wypadek wolą nie ryzykować i nie puszczać nagrań, za które później ktoś może mieć do nich pretensje.
* Robert Jarosz jest redaktorem naczelnym Play TV, wydawcą i kolekcjonerem
* Mariusz Długokęcki pracuje w niezależnej firmie fonograficznej W Moich Oczach , która jest wydawcą serii płyt „Muzyka z Jarocina”
Źródło: Gazeta Wyborcza
Bardzo mnie to cieszy i czekam z niecierpliwoscia na te nagrania . Gdy tylko ujrze nagrania np TSA rzuce sie na nie natychmiast :)
to jest to co Staszek lubiec bedzie najbadziej